sen z początku października

gdy się obudziłam, zobaczyłam, że księżyc świeci mi prosto w twarz. była

chyba pełnia. pamiętałam jeszcze swój sen był dziwny i chyba znaczący,

dość klarowny, postanowiłam więc znależć coś do pisania. było trudno,

kolejne długopisy okazywały się krótkopisami, a światło księżyca i komórki

bylo słabe. ale udało się i nie obudziłam dziecka...

byłam w jakiejś sali z komputerami, nie mogłam usiedzieć na miejscu, więc

chodziłam w tę i z powrotem, od ściany do drzwi. przy jednym podejściu

zobaczyłam przy drzwiach blisko , stał stół z komputerem. zobaczyłam jak

pewna dziewczyna wychodzi z sali na zewnątrz poflirtować z jakimś

mężczyzną. chwilę byli na zewnątrz, potem on wszedł, nie widziałam jego

twarzy. przy kolejnym moim podejściu do drzwi zobaczyłam, że komputera na

stole przy drzwiach nie ma, stoją tam tylko puste pudełka. wyjrzałam za

drzwi i zobaczyłam ciało tej dziewczyny, zamordowanej. I pusto. We śnie

nie widziałam dokładnie krwi, ani jej twarzy... Wpadłam w panikę i

uciekłam stamtąd.

zaraz potem byłam w hotelu. chciałam stamtąd wyjśc, uciec. miałam ze sobą

dziecko. zeszłam na dół do recepcji, ciągnęłam dziwnie, za sobą, jakiś

wózek, podobny do tych z supermarketów. wózek ciągle mi odjeżdżał i trudno

go było prowadzić czy ciągnąć. w tym wózku bylo dziecko. stałam w długiej

kolejce do recepcji, gdy przyszła moja kolejka, zauważyłam, że mój wózek

zniknął wraz z dzieckiem i wszystkimi dokumentami potrzebnymi do

wymeldowania się z hotelu. więc uśmiechnęłam się przepraszająco i

powiedziałam, że za chwilę wrócę, i poszłam szukać wózka.

strasznie się bałam.

okazało się, że jakiś portier idiota odsunął mój wózek bo mu przeszkadzał.

zabrałam swoją własność i znów ruszyłam w kierunku recepcji ale niestety

recepcjonistka zajęła się kim innym. znów stanęłam w kolejce... moje

dziecko było tak ciche i spokojne. było i jednocześnie jakby go nie było.

czasem patrzyłam na wózek i widziałam tylko walizkę...

w końcu udało się wyjść z hotelu. cały czas strasznie się bałam. uciekałam

przed mordercą.

inna scena --- gdzieś nie wiem gdzie, śpią trzy osoby - od ściany

mężczyzna, potem jakaś dziewczyna i ja. jest gorąco.budzę się. ona też.

mamy obie wrażenie, że ze strony mężczyzny dolatuje nas jakiś szalenie

nieprzyjemny zapach potu i moczu. mężczyzna się budzi.
nie chcemy mu nic mówić, czujemy się nieswojo. jednak ja mówię mu o swoich

wrażeniach zapachowych.
jakiś czas później widze siebie jak siedzę z tym samym mężczyzną gdzieś

obok łóżka. on każe mi powąchać swój pot na twarzy. tym razem czuję tylko

pot, który nie ma nieprzyjemnego zapachu, czuję też zapach jakichś perfum.
przepraszam go, że go o coś posądzałam. przytulam się i potem śpimy

przytuleni na jednym łóżku. tej drugiej dziewczyny chyba nie ma...

powrót do poprzedniego wątku - uciekam przed tamtym mordercą, uciekam

razem z dzieckiem. jestem gdzieś, ale nie wiem gdzie, są jacyś ludzie

wokół mnie. znowu szukam dziecka -- uparcie twierdzę, że tu, tu musi być 0

i szukam go w zbiorowisku bagaży. przechodzi jakaś miła dziewczyna,inni

też interesują się moim problemem. potem okazuje się, że to jest jakaś

spójna grupa. idą gdzieś. idę za nimi. mam wrażenie że znalazłam dziecko,

czuję że jest ze mną.
potem widzę siebie, jak śpię z dzieckiem w jakiejś jamie, klitce

malutkiej. w ścianie jest mała dziura. czuję, i widzę, że za ścianą jest

morderca, który w jakiś dziwaczny sposób zbliża się i wkłada rękę do mojej

dziury w ściany, próbując objąć jakąś kobietę tam z drugiej strony.
odsuwam się od ściany, odsuwam dziecko, panicznie boję się by nie dotknął

nas, by dziecko nie zaczęło płakać. robię wszystko by nas nie zobaczył.

cięcie.

znów uciekam. tamci ludzie w grupie, mam wrażenie, że zabrali mnie ze

sobą. poszłam z nimi do ich nauczyciela.
jego dom wyglądał jak otwarty dziedziniec, zamiast sufitu były dziwaczne

siatki metalowe. cała grupa ćwiczyła unoszenie się w powietrzu przy pomocy

dość dziwacznego sprzętu. spytałam, czy i ja moge polatać. tak po prostu

polatać, bez pomocy czegokolwiek. czułam, że potrafię. szybko uniosłam się

w powietrze jeszcze zanim oni zaczęłi się unosić wysoko.  pod sufitem z

siatki zaczęło robić się ciasno. potem, z góry, zobaczyłam, że do sali, do

tej dziedzińcowej sali wchodzi morderca. wszyscy go witają jak dobrego

znajomego. wydaje się, że należy do tej grupy.
oni ponownie unoszą się w powietrze. zauważyłam, że siatka troche jakby

się uchyliła, otworzyła. zapytałam, czy mogę wzlecieć ponad nią. właściwie

nie wiem jaka była odpowiedź, nie słuchałam jej. uleciałam w górę i

znalazłam jakiś otwór i wydostałam się. po chwili jednak okazało się, że

ponad siatką jest jeszcze sufit przeszklony pod dachem. szukałam

zrozpaczona jakiegoś okna, okienka, tłukłam się pod sufitem jak ptak,
potem jednak chyba... udało mi się. wydostałam się. czułam że wychodze

jakimś oknem.
wtedy się obudziłam