wtorek, 10 listopada 2009
pż10

wejścia do domu były dwa. od frontu – główne i od kuchni, od ogródka. wejście główne po prawej stronie budynku wyposażone było w solidne drzwi z wąską nieprześwitującą szybą zamiast wizjera, zamek prosty amerykański stanowiący całość z gałką klamką. od zewnątrz jeszcze jedne drzwi z siatką przeciwko insektom. dzwonek, który stawiał cały dom na równe nogi, bo sypialnie były nieopodal. lubiliśmy jednak przede wszystkim tych gości, którzy pukali, nie dzwonili. zazwyczaj otwierałam drzwi ja lub on. kwestia szybkości. ona musiała okryć się chustą, którą nazywała dupattą. musiała ją znaleźć. czasami jeszcze abaja jeśłi było rano, jeśli listonosz, mężczyzna, jeśli koszula była prześwitująca. ja potrafiłam podejść do drzwi zaspana w spodniach od pidżamy i bluzeczce na ramiączka, z rozwichrzonym długim nieuczesanym włosem. urocza zaspana pan-tadeuszowa Zosia z ropą w kącikach oczu i podpuchniętymi oczami. nie chodziłam spać przed północą. czasami towarzyszyłam nawet Jego bezsenności  aż do białego ranka.

najczęściej jednak listonosza odprowadzałam jedynie wzrokiem gdy wyjmował i wrzucał listy do skrzynki na listy umieszczonej od strony ogródka i kuchni. skrzynki o kształcie zwiniętej gazety, rulonu o przygiętym równo dnie, tunelu z klapką. pomysłowy amerykański Dobromir – konstruktor skrzynki. mieściły się koperty a-cztery i gazety i magazyny. A nawet mniejsza paczka mogła się zmieścić.

od drzwi frontowych do drzwi kuchennych, również przeszklonych, solidnych, na gałkowy zamek przejść trzeba było całą przestrzeń kilkudziesięciu metrów mieszkania. korytarzyk, minąć zagłębie sypialniano-łazienkowe, wejść do dużego salonu, wejść do kuchni.. tu kończył się dom, bo przestrzeń dodatkowego pomieszczenia za kuchnią była niejako nie-domem. biurem. a niegdyś za poprzednich mieszkańców prawdopodobnie składzikiem, magazynem, werandą, która posiadała dwoje dodatkowych drzwi. tak więc dom jako jedność posiadał ich czworo. Ileż możliwości zabawy w chowanego!

jej królestwem była sypialnia – cóż, ich sypialnia, oraz pokój dzieci, kuchnia. łazienka – tylko jedna łączona z toaletą, była miejscem koedukacji, zmieszania, konfuzji, splątania, kłótni. biuro należało jedynie do niego. byłam tam gościem, pracownikiem, inspiracją. ona – intruzem. w kuchni to ja byłam intruzem, potem wyzwaniem, jeszcze później miłym urozmaiceniem, pomocą, wpółpracownikiem, inspiracją. dopiero po kilku miesiącach wypracowanej taktyki, cierpliwości nas obu, i miłości nas obu pojawiła się upragniona symbioza, krucha, delikatna, ulotna ale namiętna.

moim królestwem był mój pokój, nasłoneczniony, pełen jasnych kolorów żółci i niebieskości. nagrzany słońcem, chłodzony klimatyzacją, narożny podłużny nieustawny pokoik, z materacem w kącie, potem łóżkiem twin size, które przyciągało wzrok natychmiast po wejściu. biurkiem dla wiele piszących, z łamanym pochyłym blatem, na którym rysowało się i pisało wygodnie, ze schowkiem wewnątrz, piękne zgrabne biureczko, zakupione niemal potajemnie. Improwizowane zasłonki, z własnoręcznie zszywanych kawałków materiału. mała kolekcja książek, kilka pluszaków i stosy ciuchów po lewej stronie, które nieustająco wypływały z wielkich pudeł kartonowych. szafy brak. to królestwo moje ulubione było przez jej córeczkę. wbiegała, mościla się w łóżku, przytulała misie, oglądała obrazki i rysunki powieszone na ścianach. trajkotała śmiała się i usypiała. włączała postawione na podłodze radio-magnetofon. tańczyła.

wtorek, 03 listopada 2009
pż9

przedszkole. mieściło się na wprost domu. a dom stał w głębi rozległej posesji, zarośniętej od frontu latem wypłowiałą trawą i kwitnącymi owocującymi kaktusami pustynnymi. Wstawałam zwykle rano, około siódmej, jeszcze śnięta po późnym zasypianiu w dniu poprzednim – pracy w biurze domowym męża nie było nigdy za mało – szłam na śpiąco do kuchni, aby zrobić sobie kawę. tam zwykle zastawała mnie Ona i spoglądała na mnie prosząco wielkimi brązowymi oczętami – nie mogłam odmówić. rytual zawsze się powtarzał, to ja najczęściej odprowadzałam dzieci do przeszkola. nikt nigdy nie próbował czynić z tego zasady. coranne proszenie było miłym przyzwyczajeniem. ja się go spodziewałam, a jednak zawsze próbowałam najpierw uparcie uzyskać zaspokojenie głodu kawowego choć jedną kroplą napoju. potem wciągałam pierwszy lepszy t-shirt i dżinsy i zwykle nie zakładałam chustki – nawet w czasach, gdy już nosiłam pełny pakistański ubiór do meczetu – chwytałam Jej dzieciaki za rękę i szliśmy do przedszkola.
naprzeciwko domu przejścia nie było. Kto by jednak szedł 100 metrów dalej do przejścia gdy przedszkole widniało przed nami blisko jak na wyciągnięcie dłoni. chwila uwagi i przebiegaliśmy wszyscy na drugą stronę ulicy. nie wchodziłam nawet do środka na sale. mały ganek małego drewnianego kolorowo malowanego domku mieścił wieszak dla gości, krzesło i stolik z leżącą na nim listą obecności i uwag. Tam wpisywałam swoje nazwisko obok nazwisk dzieci – jako osoba upoważniona do opieki nad dziećmi, która przyprowadziła je w odpowiednim dniu do przedszkolnego przybytku.
machałam jeszcze na pożegnanie dziewczynce bo chłopiec już zajął się zabawkami i koleżkami. Wiedziałam, że wrócę tu po południu. I zacznie się w domu bałagan, harmider i powrzaskiwanie i płacze. tak jak lubiliśmy. tak jak nie lubiliśmy.
po krótkiej wymianie grzeczności z przedszkolanką o posturze Murzyńskiej mammy, wychodziłam powoli i ostrożnie. miałam zawsze silne wrażenie kruchości i delikatności tego drewnianego domku, tej werandy i tych schodków. Większość domów biedniejszych rodzin w tej okolicy budywanych było w ten sposób. Stały spokojnie o kilka przecznic dalej. tu – ten domek wyglądał paradoksalnie, wśród murowanych willi na wysokim brzegu z pięknym widokiem na zatokę.
przebiegałam ulicę w drodze powrotnej i wchodziłam na podwórze. nie było ogrodzenia, nie było bramy. był obszerny zjazd, wyjeżdżona trawa, częściowo wyłożone płytkami podłoże. był żywopłot wokół wejścia do domu i pod oknami. dom był drewniany. solidny drewniany dom. na pograniczu willowatości i zabiedzenia. nasz dom.

poniedziałek, 26 października 2009
pż8

moje przypuszczenia szybko stały się prawdą. On spędzał całe dnie przy jej łóżku, która nie miała zaufania do amerykanskiej służby zdrowia. ja pojawiałam się w szpitalu z dziećmi. w odwiedziny. historia szpitalna trwała trzy dni. w ostatnim miała już skurcze. zastanawiała się z mężem nad przyjęciem zastrzyku uśmierzającego ból porodowy. bolesne. jakie to jednak miało znaczenie dla tej, która rodziła już dwukrotnie? przyjęła jednak opcję mniej bolesną. on postanowił towarzyszyć jej w szpitalu od momentu przyjęcia zastrzyku aż do momentu wyjścia ze szpitala. pamiętam i moją obecność. w trakcie zabiegu wstrzykiwania znieczulenia. podawał je lekarz czy pielęgniarz – mężczyzna. jej sylwetka w szpitalnej pościeli i własnej koszuli nocnej podwiniętej od tyłu. i w nieśmiertelnej czarnej chustce. rozśmieszyło mnie to – czy aż tak istotne jest chronienie widoku włosów jeśli ciało jest obnażone, miało być obnażone jeszcze bardziej intymnie? znieczulenie podawano długą igłą którą należało się przebić aż do rdzenia kręgowego. nie mogło być błędu. nie mogło być nieodpowiedniego ruchu, gestu. bolesne. widziałam to na jej twarzy, której mięśnie kurczyły się niekontrolowanie. łzy ciekły po policzkach mimo woli. chciała je przede mną ukryć. czułam, że chciała, abym wyszła. sama miałam ochotę wyjść bo czułam się jak intruz, on zatrzymywał mnie jednak wzrokiem za każdym razem gdy czyniłam ruch zwiastujący ucieczkę. w końcu zamruczałam jedynie pod nosem – zajrzę co robią dzieci – i nie patrząc już na żadne z nich, wyszłam. i już nie zajrzałam do sali. gdy wyszedł przekazałam jej pozdrowienia, zabrałam dzieci i ruszyłam krętymi korytarzami w kierunku szpitalnego wyjścia. w końcu była już pora popołudniowa. dzieci były głodne. wiedziałam że nie zobaczę go przez kilka dni. czekałam już tylko na telefon i dobre wieści.

niedziela, 25 października 2009
pż7

Szybko zrozumiałam, że Ona jest w ciąży. W domu zdjęła muzułmański płaszczyk, który nazywała abają. Była szczupła, wysmukła, jedynie biodra i brzuch obciążały jej sylwetkę. Trzecie dziecko. Pierwsze przyszło na świat jeszcze zanim ją poznałam, i jego. Drugie pojawiło się tamtej nocy w Belgii, z odpowiednim przesunięciem w czasoprzestrzeni, urodziło się w Pakistanie. Trzecie.. trzecie miało czekać jeszcze trzy miesiace na narodziny.

znosiła ciąże pogodnie. Nie narzekała nie wylegiwala się godzinami w łóżku. Wstawala codziennie o siódmej. To ona sama zajmowała się dwojgiem pierwszych, choć przyzwyczajona była do mamki i służącej w Pakistanie. To ona odprowadzała je do przedszkola po drugiej stronie ulicy, to ona gotowała pakistańskie posiłki. Do czasu. Pewnego dnia poprosiła mnie o pomoc – zaczęłam odprowadzać dzieci do przedszkola, sprzątać, gotować pakistanskie obiadki pod jej instrukcje. Powróciła, niemal powróciła atmosfera sprzed JEJ epoki, gdy mieszkałam z nim sama, w dużym, drewnianym domu, gdy urządzałam go sama, gdy sprzątałam i gotowałam sama. Nowe czasy… epoka za epoką. Kolejna nastąpiła gdy nadszedł okres rozwiązania. głosiła się na jedno z ostatnich badań prenatalnych i pozostała już w szpitalu. Wszystko przebiegało wedle planu. Dziecko było zdrowe. Ułożone poprawnie dupką do wyjścia. Nie przewidywano komplikacji. Przewidywałam je jedynie ja. Obawiałam się ich w moim i tak niecodziennym życiu. Wiedziałam, że nasze relacje, które z trudnością udalo nam się po kilku miesiącach rozluźnić, znów przejdą w fazę napięcia. Dziecko dziecko dziecko. I dzieci, którymi zapewne zajmę się ja. Było w tym trochę obietnicy i radości. Lubiłam tych dwoje urwisów.

pż6

za ścianą ona

upada co chwila

metaliczny hałas

potem cisza

wiatrem pachnie i mięsem halal

w sosie

trywialnie szaroburym

 

za ścianą wciąż ona

nieskończona historia

niegotowa kolacja

daleko jeszcze do piątej

 

za ścianą cicho

wiem jednak

że jest

ta historia nieskończona i smutna

bez dobrego rozwiązania

przygnębiona

w kuchni

w ciąży

jego żona

 

pż5

ta druga jeszcze nie-przyjaciółka

 

ona jest nieskończenie cicha

nieobecnie delikatna

nieobecność jej dotyka

nieskończoność na w-pół zdania

nie warkocz zaplata

lecz luźnym opaść pozwala pasmom

czerni nieskończenie długiej

dotknąć chciałabym jej

włosów dłoni i ciała

nie-

śmiałość przeszkadza

 

czy ona jest równie

skończenie

nieśmiała

środa, 21 października 2009
pż4

po raz pierwszy usłyszałam o niej w kilka dni po poznaniu Jego, swojego przyszłego męża. przeprosił mnie i wszedł do małego supermarketu na rogu jednej z ulic. Znikł a ja potrzebowałam kilku minut, aby zdecydować czy chcę stać na zewnątrz czekając czy podążyć za nim. weszłam. na końcu sklepu stoisko z dziecięcymi ubrankami. duży kosz z siatki metalowej z rodzaju tych które spotkać można w każdym supermarkiecie w dziale z przecenioną odzieżą. stos ciuchów, w którym grzebie się do woli, poluje na odpowiedni kolor, rozmiar, styl. tam go znalazłam. z cierpliwością gmerał ręką w sweterkach i czapeczkach dla noworodków. podniósł głowę gdy zrozumiał, że stoję obok. to dla mojego syna.– wyjaśnił zwyczajnie jakbym było to coś naturalnego, co mnie nie zaskoczy. co mnie w żaden sposób nie dotyczy. – jest żonaty. ma dzieci. jest tutaj. spotyka się ze mną. to takie naturalne. – nie znalazłam słów, aby odpowiedzieć. może nie chciałam znaleźć.

po raz drugi usłyszałam o niej gdy zadzwonił telefon w hotelu. to był luksusowy hotel w jednej z europejskich stolic. ogromne łóżko w dużym pokoju. w chwilę po zakończeniu rozmowy wiedziałam już więcej niż chciałam wiedzieć – Ona urodziła syna.

po raz pierwszy zobaczyłam ją w na zachodzie, za wielką wodą, gdzie wyemigrowaliśmy. w małym prowincjonalnym miasteczku w stanie zamieszkałym przez farmerów jak sądziłam wtedy. mój autobus linii greyhound przyjechał nad ranem. wczesnym rankiem. była czwarta czy piąta. świtało. nie wiedziałam, że wtedy właśnie ją zobaczę. miałam nadzieję na spotkanie z Nim sam na sam. o niej jak najdłużej chciałam nie myślec. nie uświadamiać sobie jej obecności w moim.. już… życiu. - nie udało się. - Ona chciała ze mną jechać i dzieci – tłumaczył się, stojąc naprzeciwko mnie w małym barze, jedynym otwartym o tej porze, gdzie sączyłam kawę.

- chodźmy więc. - poszliśmy. ruszylam za nim w stronę starej toyoty camry kombi. drzwi otworzyły się i wysiadła wysoka, dość szczupła kobieta, nie potrafiłam jednak rozeznać jej kształtów bo zakrywał ją dziwny nieforemny płaszcz jakby narzutka na ubranie z którego widziałam tylko dołem jakieś kolorowe nogawki pumpiastych spodni. twarz obrzeżała czarna chustka.

podała mi rękę. dotknięcie było szybkie i trochę nieuważne. i właściwie trudno mi jest przypomnieć sobie późniejsze wydarzenia. pamiętam widok rozespanych dzieci, dwojga, usadzanie mnie na tylnym siedzeniu samochodu i szybką śpiącą podróż do tego domu, który jeszcze niedawno nazywałam swoim.

bo przecież mieszkaliśmy tam razem, wcześniej, zanim Ona przyjechała, sami, ja i on, i zyliśmy a raczej ja żyłam tym snem że jest nas tylko dwoje...

a potem musiałam wyjechać. a gdy wróciłam nie było już śladu po moim cudownym śnie tylko we dwoje...

pż3

nosiła trudne imię. takie, które z niczym mi się nie kojarzyło. a skojarzenia to była moja jedyna skuteczna metoda zapamiętywania rzeczy istotnych. do dziś mam przed oczami jej obraz, szczupłej, wysokiej kobiety o wysmukłych dłoniach i palcach, pięknych okrągłych paznokciach, ciemnej skórze i długich czarnych włosach. nie była piękna. bywała zjawiskowa. zbyt długi nos dodawał rysom twarzy wyrazistości i ostrości, które łagodził miękki kontur wydatnych warg.

zmysłowa. mimowolnie. W rzeczywistości zamknięta w sobie, nieśmiała, niepewna. samowolnie narzucała sobie religijną absurdalną dziś dla mnie i niezrozumiałą dyscyplinę ciała i duszy. tak wiele bogactwa nosiła w sobie i tak ostrożnie kołysała się w biodrach już obfitych po trzech porodach, jakby nic nie chciała z niego uronić.

taka właśnie była. zaczynałam już zapominać. a jednak gdy myślę, głęboko, intensywnie, wiem. takiej mi jej brak.

pż2

plan noworoczny

 

będzie tak będzie taki

tekst

głęboki

jak nacięcie nożem

który ostrzony wczoraj

z miękkiej stali niekruchej

niełamliwej nietwardej

boli

będzie tekst o dwu kobietach

i o nim

raz

na trzy pas będzie

będzie tak będzie

taki tekst o trójkącie prawiesielskim

cierpkim jak muśnięcie jej ust

 

pż1

to było wiele lat temu. prawie dziesięć.

poznaliśmy się za granicą. w kawiarni internetowej. byłam na urlopie. on w trakcie jakiejś podróży biznesowej. był uwodzicielski a ja byłam podatna na uwodzenie. i naiwna. i bardzo chciałam się zakochać. kupował mi róże i przychodził po okna mojego schroniska młodzieżowego. był wytrwały. w końcu dałam się namówić na dłuuugą podróż samochodem, z kraju do kraju, aż za kanał. na wyspę. było miło, było upojnie. i zakochałam się. tak.