czwartek, 05 listopada 2009
jest jakiś przełom

On zdecydował się że będzie się leczył z uzależnienia alkoholowego. dziś ma jechać umówić się na spotkanie z terapeutą. oczywiście poczekam kilka dni czy rzeczywiście stanie się to o czym mówi. ale chyba jest światło w tunelu bo takie stwierdzenie słyszę w jego ustach po raz pierwszy...
a ja? jestem trochę zdenerwowana trochę zaskoczona, trochę nie wiem co czuję. ale wrócił mi apetyt. to znaczy że poważny stres trochę odpuścił. i to jest dobre

12:09, uparcieiskrycie , dziennik
Link Dodaj komentarz »
środa, 04 listopada 2009
mediacja cd

było strasznie

bo On przyszedł na mediację pijany. czułam się paskudnie. bylo mi wstyd. chyba widać było że jestem upokorzona i jest mi głupio ale w głębi duszy tak przypuszcczałam że może być nietrzeźwy. ja miałam poczucie winy może trzeba było odwołać? ale ponieważ miałam nadzieję że wytrzeźwieje, i ponieważ obiecał że przyjedzie to liczyłam że będzie dobrze. i miałam też nadzieję że mediacja do czegoś doprowadzi, myślałam że to nasza ostatnia szansa i nie moge tego tak po prostu odwołać. a może miałam jakąś intuicję? że to może być przełom. i był... ostatecznie pani psycholog głowna bo było ich dwoje - powiedziała że mediacja się nie odbędzie. była cierpliwa i mu pół godziny tłumaczyła czemu ta mediacja nie może się odbyć - bo nie jest w stanie jasno myśleć ani kontrolować w pełni swoich uczuć, odczuć, bo postanowienia mogę nie być przez niego w pełni świadomie podejmowane.. ostatecznie oboje mediatorów zostawili nas samych i ustalliśmy że ja zostanę na konsultacji a ona pójdzie do domu.

po co zostałam? sama nie wiem, myslałam że usłyszę jakąs poradę co zrobić w takiej sytuacji gdy na niego nie można liczyć. ale nie usłyszałam nic konkretnego. w ogóle to zostałam chyba po to by odczekać i nie wychodzić z nim, by mnie nie męczył. a także chciałam jakoś wynagrodzić to co zepsuł on. to było idiotyczne poczucie winy. myślałam jednak że oni stracili przez nas 3h - to chyba jednak nie byl wystarczający powód by wydawał stówę ale rozmowa sprawiła także że się uspokoiłam emocjonalnie, uspokoiłam swoje nerwy i byłam w stanie stawić czoła powrotnej drodze do domu w straszliwych korkach.

23:25, uparcieiskrycie , dziennik
Link Dodaj komentarz »
mediacja

napisałam kilka dni temu w papierowym dzienniku - jadę na mediację. jestem bardzo zdenerwowana...

23:19, uparcieiskrycie , dziennik
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 03 listopada 2009
pż9

przedszkole. mieściło się na wprost domu. a dom stał w głębi rozległej posesji, zarośniętej od frontu latem wypłowiałą trawą i kwitnącymi owocującymi kaktusami pustynnymi. Wstawałam zwykle rano, około siódmej, jeszcze śnięta po późnym zasypianiu w dniu poprzednim – pracy w biurze domowym męża nie było nigdy za mało – szłam na śpiąco do kuchni, aby zrobić sobie kawę. tam zwykle zastawała mnie Ona i spoglądała na mnie prosząco wielkimi brązowymi oczętami – nie mogłam odmówić. rytual zawsze się powtarzał, to ja najczęściej odprowadzałam dzieci do przeszkola. nikt nigdy nie próbował czynić z tego zasady. coranne proszenie było miłym przyzwyczajeniem. ja się go spodziewałam, a jednak zawsze próbowałam najpierw uparcie uzyskać zaspokojenie głodu kawowego choć jedną kroplą napoju. potem wciągałam pierwszy lepszy t-shirt i dżinsy i zwykle nie zakładałam chustki – nawet w czasach, gdy już nosiłam pełny pakistański ubiór do meczetu – chwytałam Jej dzieciaki za rękę i szliśmy do przedszkola.
naprzeciwko domu przejścia nie było. Kto by jednak szedł 100 metrów dalej do przejścia gdy przedszkole widniało przed nami blisko jak na wyciągnięcie dłoni. chwila uwagi i przebiegaliśmy wszyscy na drugą stronę ulicy. nie wchodziłam nawet do środka na sale. mały ganek małego drewnianego kolorowo malowanego domku mieścił wieszak dla gości, krzesło i stolik z leżącą na nim listą obecności i uwag. Tam wpisywałam swoje nazwisko obok nazwisk dzieci – jako osoba upoważniona do opieki nad dziećmi, która przyprowadziła je w odpowiednim dniu do przedszkolnego przybytku.
machałam jeszcze na pożegnanie dziewczynce bo chłopiec już zajął się zabawkami i koleżkami. Wiedziałam, że wrócę tu po południu. I zacznie się w domu bałagan, harmider i powrzaskiwanie i płacze. tak jak lubiliśmy. tak jak nie lubiliśmy.
po krótkiej wymianie grzeczności z przedszkolanką o posturze Murzyńskiej mammy, wychodziłam powoli i ostrożnie. miałam zawsze silne wrażenie kruchości i delikatności tego drewnianego domku, tej werandy i tych schodków. Większość domów biedniejszych rodzin w tej okolicy budywanych było w ten sposób. Stały spokojnie o kilka przecznic dalej. tu – ten domek wyglądał paradoksalnie, wśród murowanych willi na wysokim brzegu z pięknym widokiem na zatokę.
przebiegałam ulicę w drodze powrotnej i wchodziłam na podwórze. nie było ogrodzenia, nie było bramy. był obszerny zjazd, wyjeżdżona trawa, częściowo wyłożone płytkami podłoże. był żywopłot wokół wejścia do domu i pod oknami. dom był drewniany. solidny drewniany dom. na pograniczu willowatości i zabiedzenia. nasz dom.

przerażający halloween

sobota. halloween. zostałam u Niego na noc chyba tylko dlatego że myślałam że nie będzie pił ze względu na inne dziecko, swojego synka z pierwszego związku który był wówczas u niego. ale głupia jestem. ile razy już tak było że on zaczynał i nie kończył po kilku godzinach. pił dalej. kilka dni. jest mi cholernie przykro. przykro mi naprawdę że to tak jest. że mnie oszukał przez telefon przed przyjazdem gdy pytałam czy w porządk wszystko czy jest trzeźwy. gdy przyjechałam zrozumiałam że popełniłam błąd. wystarczyło spojrzeć. a piwo stało w lodówce. najpierw się ukrywał a potem już pił otwarcie. pewnie było tak już od trzech dni, od tamtej imprezy o której wspominał
jest mi tak potwornie źle. czułam się okropnie. miałam wyjechać wieczorem gdy zobaczyłam że nie mam nadziei na poprawę sytuacji, jednak jego synek prosił bym została. pomyślałam że jakoś wytrzymam do rana.
wytrzymałam ale w nocy praktycznie nie spałam. i obiecałam sobie wtedy że już nigdy nie przyjadę tu, nie przyjadę tu z moim dzieckiem, nie będę nocowac. On nie był otwarcie agresywny tym razem, ale był męczący, nieustająco chciał ze mną rozmawiać, przymilał się i obejmował co było dla mnie delikatnie mówiąc nieprzyjemne. jak może sie czuć kobieta którą obejmuje pijany mężczyzna? choćby naprawdę go kochała? we mnie ta sytuacja i jego osoba wzbudzała właściwie... czystą nienawiść, obrzydzenie. aż wstyd mi się przyznać ile kłębiących się czarnych uczuć czaiło się we mnie. ale te na pewno były - nienawiść pogarda niechęć. i czułam się STRASZNIE.
widzę, że teraz gdy leczę się z mojego współuzależnienia, gdy dowiaduję się coraz więcej o uzależnieniach, mam w sobie dużo empatii nadal, ALE  nie potrafię już postępować tak masochistycznie jak kiedyś i nie chcę. nie potrafię zmusić się do kontaktu z mężczyzną który mnie rani i wzbudza moją niechęć swoim zachowaniem.
tej nocy postanowiłam też że mediacja za kilka dni musi być przełomowa. a będzie jeśli powiem że --- powrót do siebie, do wspólnego naszego związku nastąpić może tylko wtedy gdy on zacznie się leczyć ze swojego uzaleznienia alkoholowego i będzie widać tego efekty w postaci abstynencji i zmiany zachowania.
i jeszcze - postanowiłam jeszcze że póki co nie spędzę już żadnej nocy u niego w mieszkaniu, tym mieszkaniu które w halloween było tak jednak nasycone dymem papierosów bo dym przedostawał się z łazienki w której On palił co kilkanaście minut.
bo podobno "piwo kocha papierosy." niech tam kocha. ja w tym uczestniczyć nie będę

 

jedyny miły akcent w tym wszystkim był taki, że On po alkoholu tym razem stał się jowialny i skory do żartów z dzieckiem - jego synek był zadowolony - bo ciocia wycięła dyniowego Jack-o-lantern a ojciec bawił się w trick or treat pukając z nim do drzwi sąsiadów i strasząc przechodniów przebraniem ducha...

 

 

23:34, uparcieiskrycie , dziennik
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 02 listopada 2009
awantura o nic

byłam piekielnie zdenerwowana i chciało mi się wyć. najpierw pozwoliłam by On swoimi smsami wyprowadził mnie z równowagi, potem jeszcze ten cholerny kot.  było tak - podkreślam to moja perspektywa. ale ma m to gdzieś jaka jest cudza. i tak zgodziłam się by ukryć bloga czyli zgodziłam się zrobić to czego żądał mimo że nie zgadzałam się z zarzutami jakobym robiła coś nagannego.

poza tym tak się zdenerwowałam awanturą którą wywołał że całkowicie zmieniłam plany i pozbawiłam się rzadkiej przyjemności spotkania się z moją grupą literacką. po prostu zdecydowałam że nigdzie nie jadę bo nie jest w stanie :(

a ta awantura? dzień wcześniej nasz kontakt skończył się na jego smsie - "dlaczego On dowiadauje się z internetu że dzieiecko stawia pierwsze kroki". odpisałam że "gdyby się dzieckiem interesował dzwonił i przyjeżdzał  na pewno bylby na bieżąco jeśli chodzi o takie informacje". po tym była głucha cisza. wcześniej napisałam jeszcze tylko że zgadzam się przyjechać do naszego dawnego mieszkania na dwa dni , by się z nim spotkać.

wieczór minął cicho, potem noc a potem poranek. dopiero koło południa był sms który i tak zobaczyłam po południu. właściwie jak go zobaczyłam to skrzynka była już zapchana, nie mogłam wszystkigo odczytać od razu . zadzwoniłam - było jedno nieodebrane połączenie. powiedział podniesionym głosem że nie będzie ze mną rozmawiał dopóki nie przeczytam smsów. rozłączyliśmy się i zaczełam czytać.

i była w nich wielka awantura o to, że nie napisałam konkretnie czy przyjeżdżam. NIE NAPISAŁAM? ALEŻ NAPISAŁAM! oraz o to że nie odpowiadam na smsy i na telefony. a była to kwestia 2,3 godzin gdy byłam pietro niżej, zajmowałam się dzieckiem i nie słyszałam telefonu ani nie myślałam o nim. poza tym, chwileczkę. mój sms odnośnie dziecka które zaczęło chodzić też nie doczekał się komentarza. tylko że ja nie zrobiłam awantury. a minęło nie dwie godziny ale ich osiemnaście. podobno nie odpowiedział bo nie było tam pytania. niech będzie i tak.

nadal nie było jednak powodu by robić mi awanturę o brak odpowiedzi natychmiastowej na smsy.

ostatecznie czułam się tak zdenerwowana i upokorzona, że zdecydowałam się nie jechać nigdzie. tym bardziej że dziecko wyczuwając mój stan psychiczny zaczęło zawodzić i było marudne jak sto bachorków. nie wyobrażałam sobie podróży w takiej sytuacji.

było mi cholernie przykro gdy uświadomiłam sobie że właśnie podjęłam decyzję (i przekazałam Mu ją) pod wpływem emocji, które on na mnie przelał. które pozwoliłam, aby we mnie wywołał. pewnie chodziło tylko o jakieś ujście dla jego napięcia, agresji. więc był wybuch.ale powodu przecież sensownego nie bylo. NIGDY NIE MA

uświadomiłam sobie więc to wszystko, postanowiłam jednak trzymać się swojej decyzji by nie czuć jeszcze większej dla siebie pogardy. i zastosowałam metodę zdartej płyty. mówiąć nieskończoną ilośc razy że postanowilam jednak nigdzie nie jechać, że do niego nie przyjadę. nawet wtedy tak mówiłam, gdy zmienił ton i taktykę i zaczął mnie uwodzić i prosić, a potem znów mi grozić.

a o co chodziło z kotem? Kot, po raz kolejny dziecko zaczepiało naszą kotkę a ja po raz kolejny bylam w strachu że zwierzę go podrapie. podrapała już nie raz. wydarłam się wiec na cały głos na oboje - dziecko i kotke, i próbowałam wygonić kotke na dwór ale się nie dała. po takiej porażce bezsensownej czułam się jeszcze bardziej jak zero, i sfrustrowana z dzieckiem wyniosłam się do pokojów piętro wyżej...

 

23:53, uparcieiskrycie , dziennik
Link Komentarze (2) »
czytam cudze blogi

Zaglądam do cudzych blogów i to co znajduję

czasem napawa mnie otuchą, jak choćby tu,gdzie ktoś proponuje dość sensowne Porady na różne tematy także nt przemocy

a czasem przeraża po prostu jak tu gdzie wypowiada się opinie nieuprawnione i niesprawiedliwe. to oczywiście świadczy tylko o braku wiedzy i arogancji.

23:25, uparcieiskrycie , dziennik
Link Dodaj komentarz »
piątek, 30 października 2009
co się stało z blogiem

mój partner wie już o tym blogu. nie wiem jak się dowiedział ale to nieważne. wydaje mi się że nie pisałam nic uwłaczającego dla niego, ale zdecydowałam się na razie na ukrycie bloga.

 

11:48, uparcieiskrycie , dziennik
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 26 października 2009
pż8

moje przypuszczenia szybko stały się prawdą. On spędzał całe dnie przy jej łóżku, która nie miała zaufania do amerykanskiej służby zdrowia. ja pojawiałam się w szpitalu z dziećmi. w odwiedziny. historia szpitalna trwała trzy dni. w ostatnim miała już skurcze. zastanawiała się z mężem nad przyjęciem zastrzyku uśmierzającego ból porodowy. bolesne. jakie to jednak miało znaczenie dla tej, która rodziła już dwukrotnie? przyjęła jednak opcję mniej bolesną. on postanowił towarzyszyć jej w szpitalu od momentu przyjęcia zastrzyku aż do momentu wyjścia ze szpitala. pamiętam i moją obecność. w trakcie zabiegu wstrzykiwania znieczulenia. podawał je lekarz czy pielęgniarz – mężczyzna. jej sylwetka w szpitalnej pościeli i własnej koszuli nocnej podwiniętej od tyłu. i w nieśmiertelnej czarnej chustce. rozśmieszyło mnie to – czy aż tak istotne jest chronienie widoku włosów jeśli ciało jest obnażone, miało być obnażone jeszcze bardziej intymnie? znieczulenie podawano długą igłą którą należało się przebić aż do rdzenia kręgowego. nie mogło być błędu. nie mogło być nieodpowiedniego ruchu, gestu. bolesne. widziałam to na jej twarzy, której mięśnie kurczyły się niekontrolowanie. łzy ciekły po policzkach mimo woli. chciała je przede mną ukryć. czułam, że chciała, abym wyszła. sama miałam ochotę wyjść bo czułam się jak intruz, on zatrzymywał mnie jednak wzrokiem za każdym razem gdy czyniłam ruch zwiastujący ucieczkę. w końcu zamruczałam jedynie pod nosem – zajrzę co robią dzieci – i nie patrząc już na żadne z nich, wyszłam. i już nie zajrzałam do sali. gdy wyszedł przekazałam jej pozdrowienia, zabrałam dzieci i ruszyłam krętymi korytarzami w kierunku szpitalnego wyjścia. w końcu była już pora popołudniowa. dzieci były głodne. wiedziałam że nie zobaczę go przez kilka dni. czekałam już tylko na telefon i dobre wieści.

niedziela, 25 października 2009
co to jest asertywność

Interesujące jest jak wiele osób nie rozumie do końca na czym polega asertywna wypowiedź. sama nie rozumiałam. mój sposób wypowiedzi wobec większości osób był pasywny, ostatnio jednak uczę się . i tak, udaje mi sie stosować te podstawowe zasady
- komunikat asertywny jest jasny i wprost. bez  wycofywania się, atakowania, owijania w bawełnę mówi o potrzebach i uczuciach.
- komunikat asetywny to wypowiedź o "ja". nie ma tam praktycznie miejsca na "ty" chyba że w formie opisywania zachowania drugiego. np gdy ty robisz to i to , ja czuję się tak i tak.

więcej , zwłaszcza o szczególnie interesujących metodach odbierania krytyki i dyskutowania w artykule online

ale nie zawsze jednak się udaje, a może i nie zawsze jest sens w ogóle być asertywnym. może wystarczy się uśmiechnąć i przemilczeć? ja dziś złapałam się na tym, że się tłumaczę przed ciotką  która skrytykowała mój wygląd, fizyczny wygląd.

bo i owszem, wyglądam okropnie. próbuję zachowywać dobre samopoczucie, próbuę o siebie dbać, i staram się jeść posiłki razem z dzieckiem, czyli 5 razy dziennie. i STARAM SIĘ PRZYTYĆ naprawdę. a tymczasem od urodzenia dziecka wciąż  chudnę, ważę już siedem kilo mniej w stosunku do mojej poprzedniej wagi sprzed ciąży, czyli ważę 46 kg przy wzroście 157. to trochę na granicy anoreksji jednak, tym bardziej że ciało wciąż jest zmęczone po ciąży i karmieniu przez rok, skóra i kości , i biustonosz przydałby się mniejszy niż A choć zawsze nosiłam B... straszne. ale przecież to deja vue. przy moim poligamicznym związku z mężem byłam równie chuda - stres stres stres - najlepsza metoda odchudzania której nie polecam.

23:36, uparcieiskrycie , dziennik
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7