czwartek, 26 listopada 2009
plany na nowy rok

za miesiąc, czyli po trzech miesiącach mieszkania w separacji będę chciała powrócić do mojego partnera, do tamtego mieszkania, ale nie pójdę "na całość", to zbyt ryzykowne, a mój spokój i moje bezpieczenstwo i dobre samopoczucie jest przecież najważniejsze dla mnie i dla dziecka. wprowadzę się tak na próbę, na 3, 5 dnia. na początek tygodnia, ten początek który spędzam i tak częsciowo w pracy w tamtym mieście do którego muszę teraz daleko dojeżdzać od rodziców

to powinien być więc ukłąd który pozwoli mi też odpocząć. tłumaczę sobie że to jeszcze nie taka wielka zmiana  - bo panicznie boje się jakichś wielkich zmian teraz, jestem jeszcze zbyt chora, zbyt współuzalezniona jeszcze i słaba by bronić swoich granic choć już odzyskuję skrzydła i osobowość... i tak jeżdże do niego na weekend, to będzie więc taka zamiana dni - zamiast koniec tygodnia - początek. tak. no i na szczęście pracujemy w inne dni więc nie będziemy zbyt długo razem w domu. to może dziwaczne co piszę, ale w naszym wypadku to chyba dobrze...

tyle konfliktów i problemów pozostaje przecież jeszcze nie rozwiązanych. zaprzeczenie ojcostwa wciąż dopiero w drodze do sądu. do rozwodu zaś absurdalnie daleko. nie mówiąc o tym, że mój partner ma ostatnio pomysł aby unieważnić mój ślub... unieważnić? jak? czy to nie trudniejsze i żmudniejsze niż rozwód

anyway, w nowy rok wejdę więc chyba w tamtym naszym mieszkaniu. oby było lepiej, oby zaczęta jego terapia dała efekty. ale tak boję się tych chwil gdy wreszcie zacznie do niego docierać wiele spraw.. tego że jego zachowanie poglądy nie są normalne.

bo czemu wciąż mówi że go poniżam i krzywdzę gdy tylko wyślę mu coś na temat jego choroby.. i już przestałam, ale wyslałam wcześniej stronę tenjaras i inne...niepotrzebnie

a on wysyła mi artykuły o tym że mężczyzna potrzebuje dotyku i ciepła. że kobiety o tym zapominają. gdy to przeczytałam poczułam się urażona. po pierwsze - nigdy mu tego nie odmawiałam, a gdy już zaczęły się problemyy i ta jazda z uzależnieniem - czy pół-uzaleznieniem (jak on chce) to czy ja o tym myślałam jeśłi sama chodziłam jak na rzęsach ledwie żywa, zombie matka żywicielka i opiekunka jedyna niewyręczana i zostawiona samej sobie, sama nie miałam żadnej czulości z jego strony z czego i DLACZEGO miałam mu coś dawać do diaska??

 

23:38, uparcieiskrycie , dziennik
Link Dodaj komentarz »
okruchy snu

miałam znów sen. nie wiem czy dobrze pamiętam. to było o rodzinie - była matka ojciec dziecko. i różne osoby mi znane oraz ja odgrywaliśmy te same role.

raz widziałam swoich rodziców i siebie , potem znów widziałam siebie matkę i mojego partnera i moje dziecko. a potem widziałam znów moich znajomych, jego i ją i ich malutką córeczkę. nie pamiętam już żadnych scen.

wiem tylko że było coś takiego że byla jakaś sala z dziwnymi szarymi kanapami w której odbywał się jakiś wiec czy zebranie polityczne i to było jak za czasów komunizmu...

co więc? zupełnie jakbym odtworzyła sobie w tym śnie różne formy agresji które znam z własnego doświadczenia lub z historii. pamiętam że scena polityczna - tam chodziło o to że ktoś chce coś powiedzieć ale mu się nie pozwala, że wybrani siedzą  na sofach a pozostali z tyłu ale nawet ci wybrani nie są wolni. są pod wpływem przemocy.

moja rodzina, czemu tam? może już więcej nie powinnam się wypierać, coś kiedyś musiało być takiego w moim dzieciństwie, coś co wpłynęlo na moją przyszłość. mój ojciec miał krótki okres picia i przemocy. może i krótki ale ja pamiętam jakieś sceny... mama też stosowała krzyk i groziła paskiem a to nie są dobre metody wychowania. ojciec był gniewny i wkurzony. potrafił rzucać wiązankami przekleństw. a czasem był łagodny. nigdy nie było wiadomo jednak kiedy coś wyprowadzi go z równowagi... nie radził sobie ze złością i nie potrafił nic spokojnie wytłumaczyć dzieciom. ja nie czułam się akceptowana z moimi uczuciami, czułam się samotna, bo oni dużo pracowali , myślałam że matka zawsze bardziej kocha brata niż mnie. wobec ojca, który mnie naprawdę bardzo kochał , uwielbiał swoją córkę, miałam uczucia ambiwalentne. nie nauczylam się chyba jak być w pełni akceptowaną, jak sobie to zapewnić z wewnątrz siebie, nie nauczyłam sie jak być kobietą pewną swojej wartości...

inna rodzina w której była agresja to moja, ta z moim partnerem, i jeszcze inna w której uważam niedobrze się dzieje to rodzina moich znajomych...

 

23:22, uparcieiskrycie , dziennik
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 24 listopada 2009
halt

no dobrze. napisałam i zdecywowałam się jaką rolę powinnam wobec niego pełnić - tak radziła psycholog. chcę mieć tylko rolę partnerki, czyli nie będę się godzić na wszlekie inne fukcje, nie będę jego powiernikiem, mamą, terapeutą. nie mogę rozmawiać z nim o mojej terapii ani o jego terapii, ani też bezpośrednio oceniać go i mu radzić. nie, ale mogę wysyłać mu artukuły i odsyłać go do lektur. i zobowiążę się do kontaktów raz dziennie, nie chcę by wymuszał na mnie obowiązkowy niemal kontakt non-stop, bycie pod telefonem.

tyle? i mam bronić twardo swoich granic. muszę po prostu, nie mogępozwolić by on mną ciągle manipulował, by mnie wykorzystywał. tak mu robić nie wolno i to ja muszę mu to powiedzieć. nie mogę pozwolić na przemoc , manipulację, szantaż, na wpędzanie mnie w poczucie winy. chcę dobrze i uwżnie słuchać swoich uczuć. i dobrze o siebie dbać. pilnować bym nigdy nie była zmęczona głodna niewyspana samotna. zasada HALT jest przecież nie tylko dla uzależnionych

HALT - don't be HUNGRY ANGRY LONELY TIRED

15:31, uparcieiskrycie , dziennik
Link Komentarze (1) »
nie umiem trzymać się zasad

to było kilka dni temu. miałam iść do psychologa. wstałam z depresją i byłam cała rozdygotana. mie potrafiłam dobrze zająć się dzieckiem tak że cały ranek bawiło się samo, a potem cały czas oglądało telewizję  a ja czytałam forum dla współuzależnionych. chyba w poszukiwaniu pomocy. o co mi chodzi?mialam opowiedzieć psychologowi o naszej ostatniej awanturze bo ja miałam gorszy humor wobec tego że zrozumiałam że nie czas jeszcze się wprowadzać i żyć razem. on zaś był w związku z tym rozczarowany, o kilkakrotnej awanturze bo wieczorem wynikła jeszcze sprawa informacji które zapisałam na blogu tym, który jest ukryty, a do których jak się okazuje on jednak ma dostęp... nie znam się na tym, nie wiem jak to zrobił ale poczułam się strasznie kontrolowana, śledzona, manipulowana. zadzwoniłam powiedziałam jak się czuję i co o tym myślę i wyłączyłam telefon. rano następnego dnia on dzwonił i przepraszał. tłumaczył że dostał się do bloga bo za mną tęskni...

czuję się fatalnie sfrustrowana, czuję że sama sobie przeczę i nie trzymam się zasad które ustaliłam -- miałam nie pozwolić się wciągać w dyskusje które nie prowadzą donikąd, miałam odbierać smsy raz dziennie, miałam nie reagować lub kasować te które mnie ranią...

15:17, uparcieiskrycie , dziennik
Link Komentarze (2) »
zwątpienie znów

myślę że nie wprowadzę się do niego jeszcze długo . i długo jeszcze będzie tak jak jest. co z tego że ja ustalam jakieś zasady jeśłi one są łamane? powinnam w takim razie ustalić jakieś twarde zasady i sama się ich trzymać.

dziś gdy usypiałam dziecko on zaczął smsować i dzwonić. zamiast zadzwonić wcześniej lub wysłać sms że za mną tęskni on mi znów wysyła nieprzyjemne teksty pełne zarzutów i wyrzutów dotyczących faktu że nie odpowiadam i nie odbieram..że nie chcę odpowiadać i rozmawiać z nim - bezpodstawne przypuszczenia.

znów zaczynam myśleć, że ten związek nie ma sensu. on się zachowuje beznadziejnie. ale to prawda, zmusza mnie do ustanowienia twardych zasad, i zmusza do pilnowania swoich granic, które do tej pory były praktycznie nieistniejące. teraz zaczynam rozumieć czego nie chcę, co jest łamaniem moich podstwowych praw do woolności, prywatności

 

15:05, uparcieiskrycie , dziennik
Link Dodaj komentarz »
sobota, 14 listopada 2009
pp5

nie wiem co zrobić z tym mężczyzną. może wyluzować i potraktować to jak przyjaźń na razie. przecież on jest w innym związku. boje sie ewentualnego spotkania ale też bez spotkania do niczego nie dojdzie. muszę go zobaczyć żeby wiedzieć czy w ogóle mi się podoba czy nie. choć oczywiście listy wytworzyły już jakąś bliskość, a spotkanie pewnie tylko nas zbliży.

podobno nie będzie już więcej niespodzianek, wszystko o nim podobno już wiem... i on o  mnie też wszystko co miał wiedzieć wie. boję się tej przyszłości. czy ja się za bardzo nie spieszę?powinnam przestać o nim myślec. raczej pomyślec o remoncie w mieszkaniu i o kupieniu samochodu...

dobrze mi się z nim pisze, jest miły, ale nie wiem jaki jest naprawdę. jest taki nieuchwytny. dziwny. wycofany.

mam przecież to twarde przekonanie, że trzeba wyjść z jednego związku by zacząć inny. nie powinnam zmieniać zdania. swój związek uważam za zamknięty, przecież mam już rozwód! nie będę zmieniać zdania, nawet za cenę utracenia tego mężczyzny. powiem - trudno, może to nie był ten. ale boże jak to boli,. znów.

ale musimy się spotkać choć raz. żeby zobaczyć czy się w ogóle jakoś przyciągamy. bedę się modlićć żeby to bylo udane spotkanie. a potem nie będziemy się już spotykać do momentu aż on się z nią rozstanie. jeśłi się chce rozstać. jeśli jest faktycznie tak jak mówi

 

pm13

wczoraj okazało sie że dziecko nie ma przegrody nosowej. tragedia. czułam się zdołowana i zdruzgotana. choć dziś wydaje mi się to już niemożliwością. to musiał byc błąd. zapisałam się na dwa kolejne usg.
nadal mam nadzieję, że to pomyłka i strasznie cieszę się że to usg będzie we wtorek. jeśli wyjdzie źle to pojadę jeszcze do dr Roszkowskiego a jak dobrze? może też pójdę jednak do niego... sama nie wiem co zrobić. jakoś chciałabym żeby w chwili gdy jest źle ktoś mi lepiej doradzić... moja ginekolog uważa że wszystko jest w porządku, że to musiała być pomyłka. na pewno nie mogę się teraz tak stresować. bo maluszek też będzie zestresowany. podziwiam mojego mężczyznę za spokój. nie estem do końca pewna jak on zareaguje jednak gdyby okazało się że mam urodzić niepełnosprawne dziecko...
teraz jednak zachowuje się dobrze tylko że jest taki chłodny. i nie ma w nim czułości ani pożądania. może to stres ale ja potrzebuję czułości ...

12:53, uparcieiskrycie , pamiętnik matki
Link Dodaj komentarz »
decyzje podjęte i co z tego

był piątek 13go. ale naprawdę nie uważam aby ten dzień był pechowy. poprzedni był już dla mnie trudny i piątek jest tylko ciągiem dalszym.

wróciłam od niego rano. jeszcze rano było dobrze to prawda, byłam zakochana, szczęśliwa, to był właśnie taki kolejny miodowy miesiąc. a potem bardzo szybko mieliśmy zjazd albo raczej narastanie napięcia. ja pojechałam do domu rodziców a potem do ośrodka leczenia współuzależnien. przyjechalam godzinę za późno jak się okazało. moja psycholog nie była zadowolona, ale przyjęła mnie.  i powiedziala mi rzeczy których nie chcialam słyszeć. o tym że nie jestem gotowa na to, by wprowadzić się do niego, w grudniu przed świętami. poza tym zdawałam sobie sprawę z tego sama, mialam strasznie odczucie lęku strachu sama już nie wiem czego. ciekawe że wykład w ośrodku też był o lęku ,ale po wykładzie też nie umiem powiedzieć czy czuję strach czy lęk , może obie te rzeczy.

a potem pojechałam na jogę, moje samopoczucie było tak złe, że nawet tam czułam się źle, nie mogłam cwiczyć, odprężyć się. myślałam o tym że jestem beznadziejna że nie umiem ćwiczyć jogi, i jeszcze kilka innych niepochlebnych rzeczy o swoim ciele których w ogóle nie chcę tu wymieniać

miałam totalny zjazd jeśli chodzi o poczucie własnej wartości. poza tym wcześniej jadąc do warszawy uzmysłowiłam sobie że zgubiłam gdzieś pierścionek o d niego, zaręczynowy. wciąz mu tego nie powiedziałam, bo teraz jest między nami totalna wojna , byłoby to więc chyba dolewanie oliwy do ognia.

ale to wydaje mi się jakieś takie symboliczne.i takie przykre. mialam tę miłość i to szczęście i nagle nieoczekiwanie i niezauważalnie je straciłam. i ten pierścionek znikł

a może go odnajdę?

w czwartek wieczorem powiedziałam mu o swoich wątpliwościach, o tym jak się czuję, o tym że się waham czy się wprowadzić, bo mi to odradza psycholog i  rodzice. on był już poddenerwowany bo dzwonił wcześniej a ja nie odebrałam bo rozmawiałam z rodzicami i nie słyszałam telefonu. ja też się zdenerwowałam już całkowicie bo mam nieustannie takie poczucie że on mnie kontroluje. nawet na odległość przez smsy i telefony. i wyrzuty gdy nie odpowiadam. zresztą byłam zmęczona całym dniem, i dodatkowo usypianiem dziecka któremu wychodził kolejny ząb więc usypianie to był jeden wielki płacz - biedak nie mógł usnąć a ja marzyłam by wreszcie usnął.  strasznie mi to szarpie nerwy - są jak postronki bo przecież muszę się hamować by nie wybuchnąć na małego, co on jest winien.

no i tak się stało, doszło między nami do ostrej wymiany zdań. praktycznie rozstaliśmy się telefonicznie w gniewie bez jednego miłego słowa.w piątek był tylko ciąg dalszy. i dziś sobota to samo. totalna beznadzieja. po radości tamtych dni nie pozostało nic. jest milczenie. on jest rozżalony i nie rozumie czemu zaczęłam mieć wąpliwości i jak twierdzi jestem oschła -- czyli po prostu zdenerwowana i zestresowana i pełna lęku --

i zarzuca mi że on już tyle zrobił , podjął ważne decyzje i zaczął się leczyć a ja nadal mam wątpliwości. ale czy nie mam prawa ich mieć? zaczął tak naprawdę chodzić do terapeuty w ośrodku. był raz. a grupy chce zostawić na połowę grudnia. czyli gdy się wprowadzę będzie się leczył w sposób już pełny dopiero tydzień. jaka to dla mnie gwarancja że będzie dobrze? że nie będzie picia i palenia? że nie będzie jego depresji i zmian nastroju i agresji?że wszystkie domowe obowiązki nie spadną znów na mnie nawet jeśli pomagać mi będzie niania? że nie zatracę znów poczucia kim jestem i czego chcę i że potrzebuję odpoczynku i czasu wolnego. czy znowu nie zapomnę gdzie są moje granice i czym jest asertywność? czy nie pozwolę znowu na agresję wobec mnie?

jestem w tej chwili sama w depresji. i myślę -- Jezu! jak to jest? kto z nas ma rację ? kto kogo wykorZystuje? znów zaczynam mieć poczucie winy, i w głębi serca czuję że on mi je wmawia ale... ale jednak mam wątpliwości. jestem taka naiwna. albo po prostu ciągle chora. i myślę -- czy ja faktycznie mam złe intencje? złą wolę? czy ja faktycznie stosuję przemoc? czy mój blog jest formą przemocy??? bo jego zdaniem to sadyzm, ranie go tym i mówię źle o nim.. jednak nie czuję by tak było

nie nie nie, nie czuję. tylko że sama nie wiem już które uczucia są moje które mi wmówione

czasem chciałabym konikiem polnym albo kamieniem

 

 

12:37, uparcieiskrycie , dziennik
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 10 listopada 2009
pp4

znowu dziś się nie wyspałam mimo że poszłam spac o 22 zaraz po zrobieniu planu na lekcje z dziećmi. budziłam się jednak w nocy. po prostu jestem pełna niepokoju. męczy mnie taka sytuacja zawieszenia. bardzo mnie męczy. ja bym już bardzo chciała go poznać a on tymczasem nie daje się poznać. ciągle coś pojawia się a ostatnio to, że ma jeszcze dziewczynę i nadal mieszkają razem... to bez sensu. jeśli chce się ze mną kontaktować to powinien z tamtą zerwać.

my sie właściwie znamy od tygodnia. on chce sprawdzić jaka ja jestem. czy coś między nami wyjdzie? a jak nie to zostać z tamtą? o nie, tak nie będzie. najchętniej powiedziałabym - odezwij się jak sobie uporządkujesz życie. ale pewnie nie będzie mnie na to stać. tym bardziej , że sama mam niezałatwione sprawy rozwodowe.

ciekawe czy tylko ja tak to przeżywam? a on? już wyobraziłam sobie że on jest dla mnie, że absolutnie dla mnie, że to moja bratnia dusza. to musi być on, musi być on. będzie nam dobrz,e choć nie wiem jak to wszystko rozwiążemy

bo przecież żeby związek się udał to sytuacja musi być klarowna. on musi być sam i ja muszę być sama. muszę zarejestrować więc mój rozwód pakistański.  nie wiem w którym sądzie. nic jeszcze nie wiem. kiedy ja to zrobię? nie mam na nic czasu. ciekawe ile mi to zajmie. i ile jemu zajmie? rozstać się z kimś, jeśli mieszkało się z kimś, żylo przez lata... to trudne

jednak nie chcę spotykać się z nim dopóki nie będzie miał jasnej sytuacji. będe dziś czekać na jego list

pż10

wejścia do domu były dwa. od frontu – główne i od kuchni, od ogródka. wejście główne po prawej stronie budynku wyposażone było w solidne drzwi z wąską nieprześwitującą szybą zamiast wizjera, zamek prosty amerykański stanowiący całość z gałką klamką. od zewnątrz jeszcze jedne drzwi z siatką przeciwko insektom. dzwonek, który stawiał cały dom na równe nogi, bo sypialnie były nieopodal. lubiliśmy jednak przede wszystkim tych gości, którzy pukali, nie dzwonili. zazwyczaj otwierałam drzwi ja lub on. kwestia szybkości. ona musiała okryć się chustą, którą nazywała dupattą. musiała ją znaleźć. czasami jeszcze abaja jeśłi było rano, jeśli listonosz, mężczyzna, jeśli koszula była prześwitująca. ja potrafiłam podejść do drzwi zaspana w spodniach od pidżamy i bluzeczce na ramiączka, z rozwichrzonym długim nieuczesanym włosem. urocza zaspana pan-tadeuszowa Zosia z ropą w kącikach oczu i podpuchniętymi oczami. nie chodziłam spać przed północą. czasami towarzyszyłam nawet Jego bezsenności  aż do białego ranka.

najczęściej jednak listonosza odprowadzałam jedynie wzrokiem gdy wyjmował i wrzucał listy do skrzynki na listy umieszczonej od strony ogródka i kuchni. skrzynki o kształcie zwiniętej gazety, rulonu o przygiętym równo dnie, tunelu z klapką. pomysłowy amerykański Dobromir – konstruktor skrzynki. mieściły się koperty a-cztery i gazety i magazyny. A nawet mniejsza paczka mogła się zmieścić.

od drzwi frontowych do drzwi kuchennych, również przeszklonych, solidnych, na gałkowy zamek przejść trzeba było całą przestrzeń kilkudziesięciu metrów mieszkania. korytarzyk, minąć zagłębie sypialniano-łazienkowe, wejść do dużego salonu, wejść do kuchni.. tu kończył się dom, bo przestrzeń dodatkowego pomieszczenia za kuchnią była niejako nie-domem. biurem. a niegdyś za poprzednich mieszkańców prawdopodobnie składzikiem, magazynem, werandą, która posiadała dwoje dodatkowych drzwi. tak więc dom jako jedność posiadał ich czworo. Ileż możliwości zabawy w chowanego!

jej królestwem była sypialnia – cóż, ich sypialnia, oraz pokój dzieci, kuchnia. łazienka – tylko jedna łączona z toaletą, była miejscem koedukacji, zmieszania, konfuzji, splątania, kłótni. biuro należało jedynie do niego. byłam tam gościem, pracownikiem, inspiracją. ona – intruzem. w kuchni to ja byłam intruzem, potem wyzwaniem, jeszcze później miłym urozmaiceniem, pomocą, wpółpracownikiem, inspiracją. dopiero po kilku miesiącach wypracowanej taktyki, cierpliwości nas obu, i miłości nas obu pojawiła się upragniona symbioza, krucha, delikatna, ulotna ale namiętna.

moim królestwem był mój pokój, nasłoneczniony, pełen jasnych kolorów żółci i niebieskości. nagrzany słońcem, chłodzony klimatyzacją, narożny podłużny nieustawny pokoik, z materacem w kącie, potem łóżkiem twin size, które przyciągało wzrok natychmiast po wejściu. biurkiem dla wiele piszących, z łamanym pochyłym blatem, na którym rysowało się i pisało wygodnie, ze schowkiem wewnątrz, piękne zgrabne biureczko, zakupione niemal potajemnie. Improwizowane zasłonki, z własnoręcznie zszywanych kawałków materiału. mała kolekcja książek, kilka pluszaków i stosy ciuchów po lewej stronie, które nieustająco wypływały z wielkich pudeł kartonowych. szafy brak. to królestwo moje ulubione było przez jej córeczkę. wbiegała, mościla się w łóżku, przytulała misie, oglądała obrazki i rysunki powieszone na ścianach. trajkotała śmiała się i usypiała. włączała postawione na podłodze radio-magnetofon. tańczyła.

 
1 , 2 , 3